Category Archives: Recenzje

Szybka Piątka 29.03.16

Równo miesiąc po pierwszym poście z serii, wielka i szybka piątka powraca! A w niej cztery ciekawe produkcje znajdujące się w fazie Early Access oraz symulator managera rzymskich gladiatorów! Oto dzisiejszy zestaw:
Age of Gladiators
Age of Gladiators – 9,99€
Gra strategiczna polegająca na wcieleniu się w opiekuna i zarządce rzymskich gladiatorów brzmi doskonale, prawda? Przypadek AoG pokazuje jednak że nie zawsze dobry pomysł oznacza też dobrą grę. Samouczek oferowany przez produkcję przedstawia nam tylko ułamek wszystkich funkcjonalności które możemy (a raczej musimy) wykorzystać aby nie rozpoczynać gry od nowa po zaledwie kilku walkach. Dodatkowo oprawa graficzna praktycznie nie istnieje, wszystkie dane otrzymujemy w postaci grafów i cyferek. Jeżeli istnieją gry “easy to learn, hard to master”, to AoG jest jedną z tych “hard to learn, easy to master”. Nie zostałem porwany, mimo swojej wielkiej miłości chociażby do Football Managera. Osobiście nie rekomenduję.
Caveblazers
Caveblazers – 4,99€
Tu z kolei produkcja, którą mogę z całego serca polecić, mimo iż znajduje się w fazie early access. Caveblazers to gra bardzo mocno inspirowana kultowym Spelunky, w którego freeware’ową wersję zagrywałem się swego czasu nie mając jeszcze dostępu do steama, a którego płatną wersję na Vitę męczyłem przez naprawdę długi czas (i nigdy nie skończyłem!). Caveblazers do permadeatha, losowego generowania świata i zwiedzania jaskiń słabym, łatwym do ubicia górnikiem dodaje specjalne błogosławieństwa, które możemy zbierać w losowych punktach mapy oraz elementy uzbrojenia które zamieniając, zamieniamy też statystki naszego górnika takie jak poziom zdrowia czy ilość obrażeń zadawanych ciosami z dystansu lub w starciach na małą odległość. Patentem wybijającym się w Caveblazers ponad przeciętność jest obecność “ghostów”, czyli sterowanych przez komputer górników, mających symulować doświadczenie grania z innymi graczami. Owe duchy mogą nam pomóc, lub zaszkodzić, co jest zupełnie losowe (bardzo podobne do patentu multiplayerowego z serii Souls). Za tą cenę w fazie Early Access pozostaje mi tylko polecić Caveblazers z całego serca. Jeżeli gra dalej będzie się tak dobrze rozwijała, to jestem dobrej myśli.
Holodrive
Holodrive – 9,99€ (Early Access Supporter Pack), w przyszłości F2p
Zaskakująco udane połączenie Quake’a i platformówki. Multiplayer-only gra w której po wielopoziomowych arenach biegamy robotami, by z upływem czasu wyeliminować jak najwięcej wrogów przy użyciu naprawdę wymyślnego i zróżnicowanego arsenału. Pozytywem jest to, że gra mimo bycia indykiem, nie może narzekać na problem pustych serwerów, przez który padło już wiele świetnie zapowiadających się produkcji. Jeżeli ktoś nie chce płacić 10 euro i ryzykować, może poczekać do oficjalnej premiery, ponieważ wtedy Holodrive przejdzie na model F2P, z opcjonalnymi płatnościami za skórki dla postaci i experience boosty. Warto dać szansę, zwłaszcza gdy gra będzie już darmowa.
The Sentient
The Sentient – 12,99€
Tak prawdopodobnie wyglądałoby FTL, gdyby było trochę bardziej skomplikowane. Do losowo generowanych galaktyk i zupełnie randomowych starć w kosmosie naszym własnym statkiem autorzy dorzucili możliwość samodzielnej rozbudowy statku, decydowania o rozłożeniu pokoi we wnętrzu naszego okrętu oraz statystyki dla każdego członka naszej załogi, które bardzo często decydują o wynikach starć. Na tą chwilę ilość zdarzeń losowych jest dość mała, ale myślę że wraz z rozwojem gry wzrośnie. Polecam mieć na oku.
Split
Split – 9,99€
Jedna z najlepszych gier logicznych w jakie ostatnio zdarzyło mi się zagrać. Split mimo wysokiej ceny oferuje piękną oprawę graficzną i wymagające ruszenia głową zagadki. Gra korzysta z Unreal Engine 4, więc w połączeniu z prostym, aczkolwiek miłym dla oka designem poziomów robi wrażenie. Rozgrywka polega na odpowiednim zarządzaniu kwadratem, który może jednym kliknięciem zamieniać się na dwa mniejsze. Główkowanie przy kolejności przełączania dźwigni i guzików rozmieszczonych na mapie tak aby dostarczyć zespolony kwadrat do teleportu na końcu każdego z 16 dostępnych na tą chwilę poziomów wymaga czasami pogłówkowania, jednak nie odstrasza przegrzaniem szarych komórek. Zdecydowanie polecam Split, a jeszcze bardziej, gdy kiedyś pojawi się wersja na telefony z Androidem/iOS (a mam nadzieję, że tak będzie)

Szybka Piątka 29.02.16

Skoro nadszedł czas liceum, stwierdziłem że można na spokojnie wrócić do luźnego blogowania. Szybka Piątka będzie wychodzącym co kilka dni zbiorkiem pięciu gier indie które w ostatnich dniach wpadły mi w łapy na steamie z krótkimi recenzjami.
header
Pointless – 0,89€
Tytuł gry mówi za siebie wiele, prawda? Pointless opiera się na niesamowicie prostej, ale i wciągającej mechanice rozbijania pojawiających się na ekranie kropek na coraz to większe ich grupy. Przy naszym zadaniu pomaga nam dość bogaty zestaw power-upów które co jakiś czas pojawiają się na polu gry. Głównym problemem Pointless jest.. bezcelowość. Nie ma żadnych zaawansowanych trybów gry, fabuły, celu. Dostajemy pustą planszę z jedną kropką i gramy do znudzenia. Sama mechanika jest dość wciągająca (syndrom Cookie Clickera) jednak po ok. 40 minutach odblokowujemy wszystkie achievmenty i motywy dostępne w grze. Wtedy już nasza gra jest (hehe) bezcelowa.

header (4)
Reagan Gorbachev – 9,99€
Reagan Gorbachev mocno zaskoczyło mnie tematyką. Jest to gra inspirowana dość mocno Hotline Miami w której wcielamy się w byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych i byłego Sekretarza Generalnego ZSRR. Naszym zadaniem jest połączyć siły obu polityków, porwanych przez militarnych ekstremistów i uciec z więzienia. Gra zawiera nawet tryb kooperacji którego niestety nie udało mi się sprawdzić. Mogę natomiast powiedzieć że podczas gry w pojedynkę, gracz jest karany na każdym kroku. Kontrola dwóch postaci między którymi można się dowolnie zmieniać w momencie gdy przeciwnicy zabijają nas jednym uderzeniem/strzałem niesamowicie frustruje, a w momencie śmierci którejś z postaci musimy zaczynać cały poziom od początku. Obaj bohaterowie mają nieco inne umiejętności potrzebne do otwierania przejść na poziomie, w związku z czym nie można sobie pozwolić na przejście całego poziomu jednym z nich, drugiego zostawiając w punkcie spawnu. Dodatkowo sprawę utrudnia ograniczona widoczność i nadwrażliwość AI przeciwników, któremu zdarza się widzieć nas przez ściany. Lekko odstrasza sama cena. Polecam na wyprzedaży lub w bundlu, najlepiej z osobą do kooperacji.

header (2)
On My Own – 7,99€
Jedna z wielu survivalowych gier, których przybywa coraz więcej, i są coraz gorszej jakości. Gracz wciela się w nieznanego mężczyznę/kobietę i próbuje przeżyć w lesie cztery pory roku, nie umierając z głodu. Główny problem On My Own polega na tym, że była to produkcja pierwotnie stworzona na telefony z systemami iOS/Android i przeniesienie gry na pecety nie wyszło grze w żaden sposób na dobre. Pixelowy styl graficzny jeszcze jakoś się broni, czego niestety nie można powiedzieć o sterowaniu, które opiera się na systemie point’n’click, gdzie kursor zastępuje nam palec przy sterowaniu na telefonie. Niestety system hitboxów różnych przedmiotów bardzo zawodzi przez co do wykonywania najprostszych akcji (np ścięcie drzewa) trzeba podchodzić kilkukrotnie, w międzyczasie przypadkowo wypuszczając coś z ekwipunku (otwiera się go klikając na bohatera). Poza tym jest to bardzo porządnie wykonana gra survivalowa, ale nie posiada żadnego efektu “wow”, poza zmienną zależnie od pory roku pogodą. Chętnym polecam najpierw sprawdzić darmową wersję na smarfony

header (3)
Spacejacked – 8,99€
Dość sztampowe połączenie tower defense z platformówką. Jesteśmy kapitanem statku kosmicznego któremu pierwszego dnia kosmici porywają całą załogę. Każdego “dnia” w grze nasz statek jest atakowany przez kolejne hordy obcych, dość zróżnicowanych pod względem statystyk. Podczas obrony naszego statku pojawia się najbardziej interesujący aspekt rozgrywki, czyli wielopoziomowość. Nie mamy tutaj określonego poziomu na którym działamy podczas obrony, tylko musimy co chwila teleportować się do różnych pomieszczeń statku, bo obcy nie atakują cały czas jednego miejsca. Gra w ten sposób zmusza nas do zarządzania finansami na wieżyczki wspomagające naszą obronę, i czasem trzeba sprzedawać szybko uzbrojenie kupione w jednym pokoju, żeby szybko postawić je w drugim. Gra nie wybacza błędów i w przypadku dostania się obcych do rdzenia (każdy pokój ma swój własny) i zniszczenia go musimy powtarzać cały dzień w grze od nowa. W tej cenie mimo wszystko polecam tylko fanom gatunku TD.

header (1)
Asteroid Bounty Hunter – 4,79€
Gra z którą z całego zestawienia wytrzymałem najkrócej. Jest to wtórny do bólu space shooter, w którym zamiast hord obcych statków masakrujemy lecące w naszym kierunku asteroidy. Co jakiś czas zdarza się walka z minibossem/bossem, którzy są ani ciekawi, ani specjalnie skomplikowani. W gwałceniu bogu ducha winnych asteroid pomagają nam umiejętności specjalne które z czasem odblokowuje nasz statek, jednak frajda z ich używania jest równa frajdzie z oglądania “Zjawy” więcej niż jeden raz. Poniżej pewnego (i tak niskiego) poziomu space shooterów, niestety. Nie polecam z całego serca.

Przytul Beton // inFamous: Second Son

Nie mam pojęcia kiedy ostatnio miałem tak mieszane uczucia po ukończeniu gry. Z jednej strony wiem, że Drugi Syn nie jest produkcją perfekcyjną, posiada największą ilość glitchy i bugów w historii serii, a fabuła bywa mało intrygująca, zaliczając wzloty i upadki. Z drugiej strony jednak wiem, że gdyby najnowsze dzieło Sucker Punch trwałoby nawet 40, a nie 10 godzin, to grałbym dalej z przyjemnością, eksterminując żołnierzy D.O.Z.

To teraz trochę narzekania i pochwał, bo nie można wszędzie posługiwać się ogólnikami.

Jak można było wykreować fajne, wyraziste postacie, żeby wykonać pod rękę z nimi po JEDNEJ misji, a potem doprowadzić do zakończenia gry w parę godzin praktycznie bez jednego dialogu z nimi? W Fetch od początku się zakochałem i niesamowicie żałuję że poza misją w której z Delsinem rozprawiają się z aktywistami D.O.Z. nie pojawia się już żaden quest, w którym odgrywałaby ona chociaż minimalną rolę. Jasne, oboje z Eugenem pojawiają się w końcowym starciu, lecz to dla mnie o wiele za mało. Może jakieś fabularne DLC sprawi że moja miłość pojawi się jeszcze w przerywnikach filmowych ze swoją charyzmą i zadziornością, ale bardzo w to wątpię.

Warto wspomnieć też, że Second Son jest pokazem możliwości konsoli Sony zarówno pod względem graficznym, jak i technologicznym (tutaj trochę w mniejszym stopniu) Wszystkie tekstury są ostre jak żyleta, animacja nie spada poniżej 30 fpsów nawet w przypadku najbardziej zaawansowanych starć, a miasto wygląda pięknie. Najlepszym dowodem na to, jak pięknie prezentuje się ta gra, są zdjęcia robione przez fanów za pomocą tryby fotografa, dodanego w ostatnim patchu. Cytując słynnego vlogera i gamera “Można pomylić z prawdziwością”. Trochę gorzej miasto wygląda od strony technicznej, bo mimo że jest bardzo dobrze zaprojektowane (w przeciwieństwie do poprzednich części serii, gdzie przeprawa przez miasto była mordęgą) to widać że nie dało się w nie tchnąć wiele życia. Mało samochodów, mało mieszkańców, którzy z reguły zajmują się podpieraniem ścian albo parciem na koniec danej ulicy tylko po to żeby zawrócić i powtórzyć pielgrzymkę na drugi koniec chodnika. Wkurza też to, że wraz z postępem fabuły i obranej przez nas ścieżki praktycznie nie widać zmian i efektów naszych decyzji na ulicach. Czasem ktoś do nas podejdzie, zwyzywa/powie dobre słowo w zależności od naszej karmy, ale to widziałem na poprzedniej generacji. Gdzie są zamieszki, bunty, lincze? Słabiutko.

Rzeczą, która najbardziej zrobiła na mnie wrażenie w nowym inFamous, jest wachlarz mocy. Wyglądają obłędnie (neon to moja mała miłość, w sumie nie tylko moja, wiele osób mówi że to najlepiej wyglądająca supermoc w historii), dają poczucie mocy (w przeciwieństwie do piorunów Cole’a z jedynki i dwójki, gdzie miałem przez chwilę wrażenie że strzelam do gangsterów z pistoletu na wodę i przede wszystkim każda z tych czterech mocy po ciągu siedmiu zabójstw oferuje wykręconą umiejętność specjalną. Każda z nich wygląda tak niesamowicie, że chciałoby się jej używać cały czas. Możliwość jej użycia jest jak zasłużona nagroda za wysiłek w walce. Czyste piękno.

W życiu nie sądziłem że poza GTA i Sleeping Dogs spotkam się kiedyś z tak działającym na mnie dziełem sztuki growej. Spędziłem w Seattle niesamowite 15 godzin (i pewnie spędzę następne, bo mam zamiar zrobić platynę), ale gdy ktoś spyta czy inFamous to system seller, z pełnym przekonaniem odpowiem że nie. Kupiłeś konsolę, bo czekasz na Watch_Dogs/Wolfensteina/nowe Uncharted/nextgenowe Project Diva? To śmiało łykaj nowego nieSławnego (do dziś śmieję się z tego tłumaczenia) jako śliczną i wciągającą grę. Jednak nie kupuj konsoli tylko i wyłącznie dla przygód Delsina Rowe’a. To tyle ode mnie.
Do przeczytania!
K.

Grę do recenzji dostarczył dystrybutor.

Pora na potwora // Adventure Time: Finn and Jake’s Epic Quest

Na początek zastrzegam sobie, że nie jestem wielkim fanem Adventure Time. Sporadycznie oglądam, czasem nawet nieźle się bawię, ale nie należę do jakże fajnego fandomu kreskówki emitowanej przez Cartoon Network. W nowej grze opartej na tym znanym serialu zainteresowały mnie przede wszystkim porównania do Toejam & Earl, czyli jednej z moich ulubionych serii gier. W sumie czemu nie zagrać?

Zacznijmy od fabuły, która jest typowo kreskówkowa. Kraina Ooo została przekształcona w wielką grę wideo, a BMO (niebieski, gadający gameboy) został uprowadzony. Jake i Finn muszą go odnaleźć i uratować krainę. Nic ambitnego, ale w tego typu grach liczy się fun. A tego jest całkiem sporo. Świat gry jest podzielony na cztery sektory (Ogród Wiedźmy, Lodowe Królestwo, Królestwo Ognia, Królestwo Śmierci) po kilka poziomów. Każdy z dungeonopodobnych etapów jest zaskakująco rozbudowany i wyczyszczenie go ze wszystkich znajdziek i przeciwników zajmuje sporo czasu. Ja zdecydowałem się jednak na to, że nie będę przeczesywał poziomu w poszukiwaniu przygód, tylko wykonam wszystkie questy główne i poboczne przedostając się naprędce do kolejnego labiryntu. W każdej z krain bowiem czekają na nas 2-3 artefakty “gracza” bez których nie dostaniemy się do bossa czekającego pod koniec rozdziału. W ramach dodatkowego zajęcia na początku każdego etapu dostajemy do wykonania zadanie poboczne, polegające na znalezieniu x przedmiotów czy pokonania x przeciwników danego typu. Miły dodatek.

System walki jest prosty i nie spędzimy wielu godzin na układaniu setupu naszych postaci. Obaj bohaterowie (możemy się między nimi przełączać, ja cały czas grałem Finnem, który po osiągnięciu 10 poziomu doświadczenia jest OP) mają do dyspozycji słaby atak, mocny atak i blok/unik. Dodatkowo po poziomach są rozsiane specjalne karty, dzięki którym możemy łatwiej eksterminować przeciwników. Deszcz noży, powiększenie Jake’a, przyzwanie śpiewaczki która odwróci od Ciebie uwagę przeciwników i inne atrakcje. Każda karta jest bardzo sensownie zaprojektowana i praktycznie każdej użyłem a jakiejś określonej, trudnej sytuacji. Dodatkowo ciekawie się z nimi eksperymentuje na mało inteligentych przeciwnikach. Często natykamy się też na karty pułapki, ale nie jest ich zbyt wiele, czego bardzo żałuję. Co mocniejsze karty zbieramy otwierając poukrywane wszędzie skrzynki. Jednak z nimi także należy uważać, ponieważ może się okazać że skrzynka to.. Mimic. Kolejna niespodzianka. Szkoda tylko że dość łatwo je rozpoznać, a w późniejszym etapie gry łatwo zabić. Zmarnowany potencjał. Ale należy się punkt za urozmaicenie. Same karty okazują się najbardziej przydatne w momencie walki z jednym z czterech bossów, naładowanych wręcz punktami życia. Starcia z nimi nie należą do wielkich wyzwań, po prostu należy w nich wpakować jak najwięcej obrażeń, a gdy spróbują się odwinąć, szybko uskoczyć. Tylko ostatnie takie starcie jest troszkę bardziej urozmaicone. Tak jak szefowie nie są niczym szczególnym, tak bestiariusz Adventure Time mocno zaskakuje. Przeciwników jest dużo, każdy próbuje nas inaczej zaatakować i na wielu działa tylko określony sposób działania.

Od strony muzycznej gra prezentuje się bardzo dobrze, solidny chiptune, pasujący do motywu przewodniego historii. Plusem dla fanów powinno być to, że głosy zostały podłożone przez aktorów z serialu, a dialogi rzeczywiście bawią. Graficznie też jest dość dobrze, chociaż często tekstury wykazują brak ostrości. Spadków animacji nie odnotowałem.

Kończąc wywód: Czy nową produkcję warto kupować? W obecnej cenie 10 euro Finn and Jake’s Epic Quest polecam przede wszystkim fanom serii, którzy powinni być zadowoleni że w końcu dostali porządną grę ze swojego ulubionego uniwersum na komputerach osobistych. Wszystkim innym radzę poczekać na przecenę, i wtedy śmiało kupować, bo to cztery godziny dobrej, solidnej rozgrywki, i banalny calak.
Do przeczytania!
K.

Sala Samobójcy // Actual Sunlight

Nigdy nie byłem fanem gier nastawionych od początku na wzruszenie gracza, wywołanie skrajnego smutku. Zawsze dopatrywałem się w nich uczuć wsadzonych “na siłę” i nie potrafiłem dostrzec drugiej głębi nad którą rozpływali się recenzenci. Jednym z niewielu wypadków, w których historia zawarta w prostej oprawie graficznej rodem z RPG Makera było To The Moon którego poruszający moje kamienne serce scenariusz wyszedł spod ręki Freebird Games. Tam jednak nie postawiono na zdołowanie grającego, tylko na wyzwolenie w nim festiwalu uczuć. Udawało się to, i łamało schemat, w którym każda gra traktująca o uczuciach ma wyzwalać tylko negatywne emocje, albo musi być filozoficzną bzdurą pokroju Datury. Od momentu ukończenia dzieła Freebird Games szukałem kolejnej produkcji która mogłaby zaoferować “to coś” pod wzgledem przeżyć emocjonalnych.

I tak trafiłem na Actual Sunlight. Produkcję niesamowicie ciężką, produkcję która już na starcie ostrzega że jest przeznaczona dla dorosłych, porusza dojrzałe tematy jak depresja, samotność i myśli samobójcze. Po półgodzinnym playthrough, zakończonym w dość nieoczekiwany sposób, mam mieszane uczucia. Z jednej strony historia, której głównym bohaterem jest Evan Winters, 28 latek z nadwagą, uzależniony od gier wideo samotnik rzeczywiście porusza wiele ciekawych i ważnych tematów, jednak mam wrażenie, że każdy z wielu problemów dzisiejszego społeczeństwa gnającego za pieniądzem jest poruszony szczątkowo. Ciężko mi opowiadać o historii bez spoilerów, bo już opowiadając o pierwszym z trzech dni które przeżyjemy w skórze Evana mogę zdradzić zakończenie. Niesamowicie dołujące zakończenie. Gra nie stawia nas między wyborem dobrego/złego zakończenia. Po prostu każe nam go doświadczyć. Przez te trzy dni w których poznajemy otoczenie i historię pana Wintersa, jego problemy, a także problemy otaczających go ludzi jesteśmy przygotowywani na zakończenie. Jednak cały czas odnosimy wrażenie, że ten tytuł nie może się skończyć tak jak się domyślamy, że napotkamy jakiś twist fabularny, odmieniający historię. I gdy już zakończenie, które można łatwo przewidzieć jest już za nami, nadal jesteśmy zszokowani że sprawy nie potoczyły się inaczej.

Świetną sprawą która wprowadza nas do życia Evana są zapisy jego rozmów z “terapeutą”. To z nich dowiadujemy się o każdym problemie jego codziennego życia, o tym że czuje się niedoceniony, niekochany. Najpierw to główny bohater opowiada o swoim życiu, z czasem jednak rolę dowódcy w umyśle dwudziestoparolatka przejmuje właśnie “terapeuta” przez co mamy wrażenie że to on, a nie my kontroluje przebieg historii. I de facto tak się dzieje.

Od strony technicznej nie ma czego się czepiać, to krótkie visual novel nastawione na fabułę. Grafika to RPG Maker, chociaż twórca już zapowiedział wersję 3D gry. Muzyka nie istnieje, prawdopodobnie tylko przeszkadzałaby w czerpaniu z historii.

Czy warto dać szansę? Jak najbardziej, cena 5 euro nie jest zbyt wygórowana, i jeżeli nie oczekujemy przedstawienia dokładniej większej ilości problemów XXI wieku, a oczekujemy tylko poznania historii Evana, typowego pracownika korporacji bez celu w życiu, to szczerze polecam.
Do przeczytania!
K.

Tango Down // Breach & Clear

Osiem lat. Tyle musiałem czekać na godnego następcę mojej ukochanej serii SWAT. W życiu nie przypuszczałbym, że pierwsza dobra commando-strategia od wielu lat przybędzie do mnie jako port z urządzeń mobilnych. Podchodziłem do Breach & Clear z dużą niechęcią, pamiętając tragicznie przerzuconą na pecety ARMA: Tactics. Po czterech godzinach rozgrywki, potrzebnych na skończenie pierwszej z trzech kampanii, wiem że moja niechęć była niepotrzebna, a przerodziła się jedno z największych zaskoczeń growych w tym roku.

Na początku gry wybieramy sobie klasy czterech żołnierzy, przypisujemy ich do oddziału komandosów (jest ich od groma, ja swoją wesołą brygadę przypisałem do SEALs) i możemy zaczynać. Przedtem najlepiej jest przejść krótki tutorial, a w pięć minut nauczymy się podstaw rozgrywki. Potem wybieramy sobie jedną z trzech kampanii. Każda skupia się na innnym stylu gry i celach misji. W pierwszej chodzi o wybicie wszystkich terrorystów na mapie, w drugiej rozbrajamy bomby, a w trzeciej musimy się ewakuować z pola walki. Każda kampania ma siedem rozdziałów po pięć misji trwających po 10-15 minut. Z reguły każdą z nich da się przejść za jednym podejściem, jednak zdarzają się przypadki, gdy musimy przemodelować swój zespół i jego ekipunek dostosowując się do warunków na mapie. Naprawdę fajna sprawa, parę razy zdarzyło mi się zasiedzieć nad ekwipunkiem mojej drużyny. Czemu? Ponieważ ilość broni, kamuflaży i sprzętu dostępnego w grze jest przeogromna, i każdy z rodziałów da się przejść po kilka razy, z innym uposażeniem i taktyką. Dodatkowo za każdym razem przeciwnicy są inaczej rozmieszczeni na mapie, patrolują zachowując naprawdę świetną czujność. Nie czuć że AI było pisane pod grę na tablety. Sama walka to nieskomplikowany, ale widowiskowy system, dający poczucie mocy i tego, że naprawdę kontrolujemy oddział świetnie wyszkolonych marines, a nie przypadkowych żołnierzy. Wpadamy, zabijamy, flashbang, kolejny pokój, granat gazowy, wpadamy, zabijamy. Każdą z misji da się zamknąć w mniej niż 20 turach, nie tracąc żołnierzy. Przy czym gdy już stracimy jakiegoś (wystarczy chwila nieuwagi) da się to wyraźnie odczuć. Przy czym wszystko w tej grze współdziała tak, że przy odrobinie myślenia możemy szybko dostosować taktykę do sytuacji na mapie. Jedną z trudniejszych misji w Kolumbii udało mi się ukończyć jednym żołnierzem. Da się.

Graficznie produkcja nie robi wielkiego wrażenia. Jest poprawnie, widać że co do wersji mobilnej wprowadzono sporo poprawek, i to wszystko. Często zdarza się przenikanie obiektów czy inne niespodzianki, ale tutaj liczy się gameplay. Soundtrack jest poprawny, standardowe pląsy do gier w klimatach wojennych. Jestem pewien że gdyby ktoś puścił mi OST bez podawania tytułu gry, powiedziałbym że to z któregoś Call of Duty. Nie ziębi, nie grzeje. Jest.

Czy warto? Jak najbardziej. 10 euro za 12 godzin spędzonych w trzech doskonałych kampaniach to świetna cena. Jak ktoś lubi turówki, albo kochał serię SWAT, to bez żadnych argumentów przeciw powinien wędrować na steama . Zawsze można sprawdzić trochę tańszą wersję mobilną, ale to na pececie Breach & Clear robi największe wrażenie. Polecam serdecznie.
Do przeczytania!
K.

Nie kop pod siebie // SteamWorld Dig (PS4)

Jezu, kolejna gra o kopaniu dołów. Mam słabość do takich produkcji. Zawsze czuję się w obowiązku sprawdzić, co znajduje się “jeszcze dalej w dół”. Jak zwykle się nie zawiodłem. Mam wiele zarzutów co do nowej produkcji Image & Form Games, ale na wstępie powiem: jak lubisz kopać w ziemi, po to by znaleźć masę świecących kamieni które później zamienisz na lepsze narzędzia, pozwalające Ci kopać jeszcze głębiej, to śmiało możesz wyciągać z kieszeni 35 polskich złotych. To będzie radosne pięć godzin parcia w dół i 10/10. Oto Steamworld Dig, lecimy.

A teraz recenzja dla tych, co to indyków nie lubią. Na początku naszej rozgrywki poznajemy głównego bohatera. Robota-kowboja. Ów Robot dziedziczy po swoim krewnym kopalnię i zaczyna rozkręcać biznes. Po każdym dniu pracy zanosimy wygrzebane spod ziemi drogocenne kamienie, i wymieniamy je na pieniądze u.. niebieskoskórego robota (?) płci żeńskiej. Tuż obok stoi wujek robo.. robotki? Wujek chętnie sprzedaje nam ulepszenia do kilofów, pozwala zwiększyć pojemność kieszeni, a po pewnym czasie można u niego wykupić dynamit, drabinki czy lampy gazowe, czasami bardzo potrzebne w sytuacji kryzysowej. I tak mogłoby sobie SteamWorld Dig płynąć, ale już w pierwszych dniach odkrywamy tajemne przejście do sektora, w którym stoi “pierścień ulepszenia”. Po wejściu w pierścień nasz bohater otrzymuje nową moc. Każda z mocy (łącznie jest ich 9) jest bardzo przydatna od momentu jej otrzymania aż do końca gry, i widać że wszystko zostało przemyślane w tej kwestii. Trochę szkoda, że pod koniec gry stajemy się hybrydą Faith z Mirror’s Edge i Terminatora. Przez końcowego bossa można się przebić jak przez masło, a wcześniej nie jest tak kolorowo. Bu. Wraz z odkrywaniem kolejnych komnat z perkami, fabuła idzie do przodu. Nie jest to nic ambitnego, miła, żeby nie powiedzieć baśniowa opowieść z sekretami w tle. Tyle że fabuła też się urywa. Odkrywamy kolejne skrawki historii naszego krewnego i nagle.. bum! Boss, koniec gry, dziękuję. Ale umówmy się, w tego typu produkcjach liczy się gameplay. A ten jest super. Odkrywanie kolejnych poziomów naszej kopalni to czysty fun. Graficznie jest bardzo porządnie, czuć że pierwotną platformą SD był 3DS, więc artstyle nie jest tak ambitny jak w Raymanach, ale wszystko wygląda ok. Muzycznie było ponad przeciętność, ponieważ cały soundtrack jest klimatyczny i pozwala się wczuć w atmosferę dzikiego zachodu.

SteamWorld Dig da się skończyć w cztery godziny (przynajmniej mi się w tyle udało). Gra posiada trofkę za ukończnie kampanii w 2.5h, ale speedruny w takich tytułach to nic ciekawego. Czy warto kupować już teraz? Jeżeli kochasz Terrarię/Spelunky/obie wymienione to jak najbardziej! Cena jest śmiesznie mała, a kupując grę w wersji na PS3, na Vitę pobierzemy ją bez dodatkowych opłat. Więc, fani kopania, do zakupów!. A reszta? Poczekajcie na promocję, i kupcie. Warto sprawdzić, zwłaszcza, jeżeli nie grało się ani na PC, ani na 3DSie. Steamworld Dig to naprawdę przyjemna gra między jednym AAA a drugim.
Do przeczytania!
K.