Monthly Archives: March 2014

Tango Down // Breach & Clear

Osiem lat. Tyle musiałem czekać na godnego następcę mojej ukochanej serii SWAT. W życiu nie przypuszczałbym, że pierwsza dobra commando-strategia od wielu lat przybędzie do mnie jako port z urządzeń mobilnych. Podchodziłem do Breach & Clear z dużą niechęcią, pamiętając tragicznie przerzuconą na pecety ARMA: Tactics. Po czterech godzinach rozgrywki, potrzebnych na skończenie pierwszej z trzech kampanii, wiem że moja niechęć była niepotrzebna, a przerodziła się jedno z największych zaskoczeń growych w tym roku.

Na początku gry wybieramy sobie klasy czterech żołnierzy, przypisujemy ich do oddziału komandosów (jest ich od groma, ja swoją wesołą brygadę przypisałem do SEALs) i możemy zaczynać. Przedtem najlepiej jest przejść krótki tutorial, a w pięć minut nauczymy się podstaw rozgrywki. Potem wybieramy sobie jedną z trzech kampanii. Każda skupia się na innnym stylu gry i celach misji. W pierwszej chodzi o wybicie wszystkich terrorystów na mapie, w drugiej rozbrajamy bomby, a w trzeciej musimy się ewakuować z pola walki. Każda kampania ma siedem rozdziałów po pięć misji trwających po 10-15 minut. Z reguły każdą z nich da się przejść za jednym podejściem, jednak zdarzają się przypadki, gdy musimy przemodelować swój zespół i jego ekipunek dostosowując się do warunków na mapie. Naprawdę fajna sprawa, parę razy zdarzyło mi się zasiedzieć nad ekwipunkiem mojej drużyny. Czemu? Ponieważ ilość broni, kamuflaży i sprzętu dostępnego w grze jest przeogromna, i każdy z rodziałów da się przejść po kilka razy, z innym uposażeniem i taktyką. Dodatkowo za każdym razem przeciwnicy są inaczej rozmieszczeni na mapie, patrolują zachowując naprawdę świetną czujność. Nie czuć że AI było pisane pod grę na tablety. Sama walka to nieskomplikowany, ale widowiskowy system, dający poczucie mocy i tego, że naprawdę kontrolujemy oddział świetnie wyszkolonych marines, a nie przypadkowych żołnierzy. Wpadamy, zabijamy, flashbang, kolejny pokój, granat gazowy, wpadamy, zabijamy. Każdą z misji da się zamknąć w mniej niż 20 turach, nie tracąc żołnierzy. Przy czym gdy już stracimy jakiegoś (wystarczy chwila nieuwagi) da się to wyraźnie odczuć. Przy czym wszystko w tej grze współdziała tak, że przy odrobinie myślenia możemy szybko dostosować taktykę do sytuacji na mapie. Jedną z trudniejszych misji w Kolumbii udało mi się ukończyć jednym żołnierzem. Da się.

Graficznie produkcja nie robi wielkiego wrażenia. Jest poprawnie, widać że co do wersji mobilnej wprowadzono sporo poprawek, i to wszystko. Często zdarza się przenikanie obiektów czy inne niespodzianki, ale tutaj liczy się gameplay. Soundtrack jest poprawny, standardowe pląsy do gier w klimatach wojennych. Jestem pewien że gdyby ktoś puścił mi OST bez podawania tytułu gry, powiedziałbym że to z któregoś Call of Duty. Nie ziębi, nie grzeje. Jest.

Czy warto? Jak najbardziej. 10 euro za 12 godzin spędzonych w trzech doskonałych kampaniach to świetna cena. Jak ktoś lubi turówki, albo kochał serię SWAT, to bez żadnych argumentów przeciw powinien wędrować na steama . Zawsze można sprawdzić trochę tańszą wersję mobilną, ale to na pececie Breach & Clear robi największe wrażenie. Polecam serdecznie.
Do przeczytania!
K.

Advertisements

Nie kop pod siebie // SteamWorld Dig (PS4)

Jezu, kolejna gra o kopaniu dołów. Mam słabość do takich produkcji. Zawsze czuję się w obowiązku sprawdzić, co znajduje się “jeszcze dalej w dół”. Jak zwykle się nie zawiodłem. Mam wiele zarzutów co do nowej produkcji Image & Form Games, ale na wstępie powiem: jak lubisz kopać w ziemi, po to by znaleźć masę świecących kamieni które później zamienisz na lepsze narzędzia, pozwalające Ci kopać jeszcze głębiej, to śmiało możesz wyciągać z kieszeni 35 polskich złotych. To będzie radosne pięć godzin parcia w dół i 10/10. Oto Steamworld Dig, lecimy.

A teraz recenzja dla tych, co to indyków nie lubią. Na początku naszej rozgrywki poznajemy głównego bohatera. Robota-kowboja. Ów Robot dziedziczy po swoim krewnym kopalnię i zaczyna rozkręcać biznes. Po każdym dniu pracy zanosimy wygrzebane spod ziemi drogocenne kamienie, i wymieniamy je na pieniądze u.. niebieskoskórego robota (?) płci żeńskiej. Tuż obok stoi wujek robo.. robotki? Wujek chętnie sprzedaje nam ulepszenia do kilofów, pozwala zwiększyć pojemność kieszeni, a po pewnym czasie można u niego wykupić dynamit, drabinki czy lampy gazowe, czasami bardzo potrzebne w sytuacji kryzysowej. I tak mogłoby sobie SteamWorld Dig płynąć, ale już w pierwszych dniach odkrywamy tajemne przejście do sektora, w którym stoi “pierścień ulepszenia”. Po wejściu w pierścień nasz bohater otrzymuje nową moc. Każda z mocy (łącznie jest ich 9) jest bardzo przydatna od momentu jej otrzymania aż do końca gry, i widać że wszystko zostało przemyślane w tej kwestii. Trochę szkoda, że pod koniec gry stajemy się hybrydą Faith z Mirror’s Edge i Terminatora. Przez końcowego bossa można się przebić jak przez masło, a wcześniej nie jest tak kolorowo. Bu. Wraz z odkrywaniem kolejnych komnat z perkami, fabuła idzie do przodu. Nie jest to nic ambitnego, miła, żeby nie powiedzieć baśniowa opowieść z sekretami w tle. Tyle że fabuła też się urywa. Odkrywamy kolejne skrawki historii naszego krewnego i nagle.. bum! Boss, koniec gry, dziękuję. Ale umówmy się, w tego typu produkcjach liczy się gameplay. A ten jest super. Odkrywanie kolejnych poziomów naszej kopalni to czysty fun. Graficznie jest bardzo porządnie, czuć że pierwotną platformą SD był 3DS, więc artstyle nie jest tak ambitny jak w Raymanach, ale wszystko wygląda ok. Muzycznie było ponad przeciętność, ponieważ cały soundtrack jest klimatyczny i pozwala się wczuć w atmosferę dzikiego zachodu.

SteamWorld Dig da się skończyć w cztery godziny (przynajmniej mi się w tyle udało). Gra posiada trofkę za ukończnie kampanii w 2.5h, ale speedruny w takich tytułach to nic ciekawego. Czy warto kupować już teraz? Jeżeli kochasz Terrarię/Spelunky/obie wymienione to jak najbardziej! Cena jest śmiesznie mała, a kupując grę w wersji na PS3, na Vitę pobierzemy ją bez dodatkowych opłat. Więc, fani kopania, do zakupów!. A reszta? Poczekajcie na promocję, i kupcie. Warto sprawdzić, zwłaszcza, jeżeli nie grało się ani na PC, ani na 3DSie. Steamworld Dig to naprawdę przyjemna gra między jednym AAA a drugim.
Do przeczytania!
K.

Bójka, Bajka i Dwururka // The Powerpuff Girls: Defenders of Townsville

Pierwsza osoba która napisze “hehe, miałeś pisać o indykach a tutaj komercyjne atomówki, hehe” dostanie dożywotniego bana w życiu. Atomówki to moja bajka dzieciństwa. Razem z Dexterem, trójką Eddów i Johnym Bravo wychowały mnie wśród ciszy blokowisk na Bielanach. Jednak to do Bójki, Bajki i Brawurki mam największy sentyment. Nie wiem dlaczego, ale to właśnie z kolejnych, oglądanych całymi dniami odcinków genialnej kreskówki reżyserii Craiga McCrackena pamiętam najwięcej. Imiona wszystkich złoczyńców, przeróżne historie ratowania Townsville. Tym się żyło. No i niesamowity polski dubbing.
Nie muszę chyba mówić, że ogłoszenie prac nad The Powerpuff Girls: Defenders of Townsville było dla mnie jak prezent urodzinowy. W końcu pełnowymiarowy produkt, żadna gra flashowa o trójce pozbawionych palców superbohaterek. Kiedy w końcu dorwałem review code, steama dopadła marcowa chandra, i przez cyrki z klientem i kontem, do gry zabrałem się tak naprawdę dziś. W życiu bym się nie spodziewał że gra skończy się.. też dziś. 85 minut. Tyle trwało przemierzenie czterech lokacji i pokonanie Mojo-Jojo. Zakładam że wymaksowanie nowych Atomówek zajęłoby góra trzy godziny. Ale uwaga! Przez te 85 minut bawiłem się wyśmienicie i gdybym wydał na tą grę 6 euro, to teraz bym nie żałował! Już tłumaczę dlaczego.

Miasto Townsville znowu jest w niebezpieczeństwie. Znowu zagraża mu Mojo-Jojo. Porywa nasze trzy dzielne dziewczyny, potem burmistrza i zabiera się za przejmowanie włądzy. To tyle o fabule, bo zakładam że nie jesteście uberfanami. Teraz gameplay. DoT jest platformówką 2D połączoną z bullet hellem (niektórzy mogą porównać grę do Aquarii, tylko tam się pływało, a tu się lata). Na każdej planszy w naszym kierunku lecą tysiące pocisków, strzałów z lasera i robotów kamikaze. Co chwila pojawia się nowy typ przeciwnika do którego trzeba dostosować styl gry. Typy wrogów są bardzo zróżnicowane, zarówno pod względem zachowań, jak i wyglądu, więc w szale bitwy łatwo przewidzieć wchodząc do killroomu, której z trzech bohaterek potrzebujemy. I tak po kolei przebijamy się przez kolejne poziomy, walcząc z chmarami przeciwników i odblokowując nowe umiejętności, czy też upgrade’y zdrowia i mocy dla Atomówek. Co kilkanaście pomieszczeń czeka nas walka z bossem, za każdym razem lekko zmodyfikowana. Szkoda że cały czas walczymy z kulą, strzelającą w nas rakietami, tudzież innymi pociskami. Twórcy mogli się wysilić na coś ciekawszego. Co dalej.. technikalia. Styl graficzny produkcji jest naprawdę przejrzysty, mimo że nie zaskakuje. Miłą niespodzianką jest to, że możemy wybrać klasyczne sprite’y atomówek i otoczenia. Bardzo dobrze, bo te nowe są porażką. Nie brzmi to wszystko zbyt dobrze?

Zdziwi was fakt, że mimo wszystko doskonale się bawiłem! Atomówki są jedną z tych gier, które mimo wielu widocznych wad, dają po prostu masę funu, nawet przez krótki czas. Może nie pogrzebano w uniwersum PPG, co może zdenerwować fanów, może nie wysilono się na rewolucyjne rozwiązania, ale i tak grało się świetnie. Kupować? Dla pasjonatów Bójki Bajki i Brawurki cena 6 euro i tak nie powinna stanowić problemu, a ludziom którzy nie lubią związku X, polecam poczekać na jakąś małą promocję, i wtedy łykać. Ta gra po prostu zasługuje na uwagę, mimo że nie jest kolejnym AAA od EA.
Do przeczytania!
K.

Śpiewająca plastelina // Dominique Pamplemousse

Nie lubię przygodówek point’n’click. Zawsze jak próbowałem wytrzymać przy którejś dłużej niż godzinę, nie wyrabiałem. Tempo rozgrywki i często niedające się przeklikać dialogi zabijały przyjemność z rozgrywki. Przez to ominąłem wiele ciekawych produkcji, jak seria Broken Sword, Kaptain Brawe czy wszystkie gry Daedalic Entertainment. Oczywiście, zdarzały się chlubne wyjątki, jak Neverhood, czy The Walking Dead, jednak zawsze gdy widziałem że dana produkcja polega na klikaniu myszką po całym świecie gry przez X godzin, to automatycznie spadał mi hype na tytuł. W końcu trafiłem na taką grę, która przypomina mi nieodżałowanego Neverhooda chociaż w małym stopniu, zawiera tony świetnego humoru, i nie trwa 20h. Oto Dominique Pamplemousse, jeden z moich kandydatów na indyka roku.

Dominique Pamplemousse jest młodym detektywem bez pracy. Gdy na koniec kolejnego miesiąca przed eksmisją ratuje go tylko kasa przesyłana od rodziców, pojawia się dla niego iskierka nadziei. Zlecenie od bogatej właścicielki wytwórni płytowej, której córka swatała się ze znanym piosenkarzem popowym, po czym ten zniknął. Historia rozwija się niesamowicie szybko i zawiera w sobie kilka świetnych zwrotów akcji. Dialogi są napisane z pomysłem i sporą dawką humoru. Szczególnie zapadł mi w pamięć fragment poruszający temat gender.

I don’t mean to be rude, but what are you?”

“I’m a private detective.”

“No, are you a boy or a girl?

W głowie maluje się wtedy jedno wielkie WTF. Ten temat nie jest poruszany już do końca gry, i pozostawia nam sporą zagadkę na koniec. Oczywiście jest też wiele lżejszych żarcików, jak chociażby zdanie

Thanks god for celebrity-stalking internet

które Dominique wymawia gdy kończy poszukiwania informacji o podejrzanych. Oczywiście mógłbym cały czas rzucać doskonałymi cytatami, ale najlepiej przeżyć tę półtoragodzinną przygodę samemu, w słuchawkach na uszach.

Muzyka bowiem w tej grze jest prawie wszystkim. W tle cały czas przygrywają genialne motywy na instrumentach dętych. Jednak sama muzyka to nie wszystko, ponieważ w tej grze każda postać ma osobną ścieżkę dźwiękową przygrywającą podczas śpiewanych (!) przez nie dialogów. Brzmi to niesamowicie, a poznawanie historii jest dużo przyjemniejsze, w pewnych momentach na tyle, że mordka sama cieszy się do ekranu.
Styl graficzny może nie jest czymś wielkim, ale plastelinowe ludziki, i sceneria wykonana z przedmiotów codziennego użytku utrzymane w czerni i bieli tworzą bardzo fajny klimat. Ludziki oczywiście kojarzą się z Neverhoodem, ale to jednak nie ten poziom animacji postaci, żeby cokolwiek porównywać.
Nieco na minus zaskoczyła mnie końcówka, gdzie jesteśmy po prostu postawieni przed wyborem “zło/dobro”, a oba zakończenia są.. cóż, mierne. Moim zdaniem autorzy powinni sami stworzyć jakiś zakręcony ending, ponieważ ten mocno kontrastuje z genialną fabułą.

Podsumowując, biorąc pod uwagę niską cenę, jaką trzeba zapłacić za poznanie przygód Dominique (5 USD na stronie twórcy, 5 euro na appstore i 3 euro z hakiem na steamie), to jest po prostu pozycja obowiązkowa dla ludzi kochających przygodówki. Dla tych, co nie kochają też, ponieważ bez takich produkcji nasz rynek jest skazany na wieczną sequelozę. Polecam każdemu.
Do przeczytania!
K.

W kosmosie nie ma uczuć // Killzone: Shadow Fall

Skończyłem Killzone: Shadow Fall. I jestem zły na końcówkę, jak zwykle.
Żeby zademonstrować wam, jak debilne było owe zakończenie nowego dzieła nowej gry Guerilla Games, w końcowej scenie zastosuję postacie ze starej trylogii Star Wars. Lecimy.
Pamiętacie scenę z szóstego epizodu, gdy Luke rozmawia z Palpatinem na Gwieździe Śmierci II? To teraz wyobraźcie sobie, że w tej scenie, na pokład totalnie z dupy wparowuje Han Solo, zabija dwoma strzałami Imperatora i Luke’a (pomińmy w tej symulacji Vadera), a umierającemu Luke’owi mówi że chciał go chronić. Mało tego, w epilogu, bohaterskiego Hana, przemawiającego do zwycięskich Rebeliantów zabija Leia, chcąc pomścić śmierć Luke’a, dla której był nadzieją na koniec wojny. Kurtyna. Nie wiadomo co się później dzieje, czy wojna trwa nadal, czy Leia żyje dalej. Wymarzony cliffhanger? Oczywiście, tylko jedna główna postać przy życiu, możemy wymyślić całkiem nową linię fabularną! Następnej części Killzone’a spodziewam się w przeciągu roku, chyba że ktoś pójdzie po rozum do głowy, przeprosi graczy za nieporozumienie jakim jest zakończenie Shadow Fall, grzecznie wyda patcha zawierającego przynajmniej streszczone wydarzenia “po grze” i zacznie robić coś nowego.

Wyżywam się na końcówce, a tak naprawdę cała fabuła to stek bzdur. Ojejku, daliśmy złej rasie, zamieszkać na naszej planecie, na pewno nic nie kombinują. Oh, kombinują? Wyślijmy naszego uberhiperdupersuperekstra komandosa na samobójczą misję, a może jegomość spotka przez przypadek jedynego porządnego reprezentanta Helghańskiej rasy, na dodatek kobietę. Ba, ten mieszaniec przy drugim spotkaniu uwolni naszego komandosa na wolność i będzie z nim współpracować przy ratowaniu świata! To nie może się nie udać!
Co ciekawe, nie udaje się. Z jednej strony było to dla mnie zaskoczeniem, bo brak happy endu, z drugiej strony zostało to rozwiązane tak, jakby scenarzystę gonił deadline, i totalnie z dupy uśmiercił głównego bohatera. Drugim pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie postać Echo, wyróżniająca się na tle szarych komandosów, generałów czy innych wojskowych. Twarda babka, widać jak wyraźnie nakreślone są jej motywy (co kontrastuje z naszym głównym bohaterem, wypełniającym polecenia każdego bez chwili zastanowienia. No, raz się zbuntował, to go zastrzelili pod koniec gry). Nie jest też kolejnym lachonem z dużymi cyckami, bardzo na plus.Najbardziej rozbawiły mnie jednak wysiłki aktorów dubbingujących. Widać było że wszystkie kwestie były dogrywane “na kiblu, w przerwie między jedną telenowelą, a drugą”. Ten fakt smuci biorąc pod uwagę to, że wiemy, iż polski oddział Sony potrafi zadbać o porządny dubbing. W Shadow Fall był po prostu słaby.

Ale tak ogólnie to grało się bardziej na plus niż minus, mechanika strzelania jak zwykle w Killzone’ach, wyborna. Graficznie opad szczeny, ale to exclusive i tytuł startowy, więc jakby nie było ślicznie, to bym zwątpił w konsole. A no, i dronka rządziła. Chcę taki gadżet dodatkowy we wszystkich grach z masą killroomów. Więc jak wam Killzone’a dorzucą do konsoli, to grajcie, jak nie dorzucą, to szukajcie używki do 100 polskich złotych.
Do przeczytania!
K.

Opóźnione w rozwoju podsumowanie generacji // Binary Domain, EDF i Nietoperze

W końcu. Po czterech miesiącach od premiery PS4 w Polsce, stałem się dumnym posiadaczem tej świetnej konsoli, a Sony zadbało, żebym nie umarł z nudów czekając na inFamous: Second Son i wrzuciło do pudełka z konsolą Killzone’a, bym mógł wieczorami postrzelać do Helghastów. Więc skoro już oficjalnie rozpocząłem nową generację, to mogę podsumować, co mi się podobało w mijającej!
Siódma generacja konsol zaczęła się dla mnie dość późno. Do 2010 roku jedynym urządzeniem jakie posiadałem, poza starym pecetem, było PSP. Nie byłem wtedy jeszcze do końca świadomy growo, więc grałem we wszystko co wpadło w ręce, i było związane ze Star Wars, Indianą Jonesem albo klockami LEGO. Gry na licencjach i FIFA, to było wszystko w co grałem do 2010 roku. Potem nadszedł czas PS3. Przestały mnie bawić platformówki i zacząłem szukać ciekawych, mało znanych gier w które mógłbym zagrać na mojej czarnulce. Z pomocą często przychodziło nieodżałowane Neo+, i rozpadający się na naszych oczach niezgrani.pl. Ilość pozycji które ograłem na tej generacji nie była może szczególnie duża, ponieważ od 2012 zacząłem więcej grać na pececie w różne indyki, ale na pewno kilka gier zapamiętam na bardzo długo.

Gra generacji: Binary Domain
W dniu premiery potraktowałem Binary Domain jako japońskiego klona Gears of War, podśmiewając się na różnych forach z wygórowanej moim zdaniem ceny. Recenzje też nie były jakoś szczególnie zachęcające. Padały siódemki, szóstki. Typowy średniak. Jednak o grze Toshihiro Nagoshiego przypomniał mi po pewnym czasie Cascad w swoim podsumowaniu roku na niezgranych. Akurat Binary Domain było do kupienia za cztery dyszki w ultimie, więc wyciągnąłem ostatnie pieniądze (tak naprawdę to nie, ale musi być trochę dramaturgii) i kupiłem jedną z najlepszych pozycji w jakie było mi dane zagrać. Niesamowicie dynamiczny TPS, z zakręconą, fantastyczną fabułą, doskonale nakreślonymi postaciami, wyróżniającą się jak na konsole oprawą graficzną. I finał. Sekwencja walk, dyskusji i rozstrzygnięć. Szkoda tylko że w epilogu pozostała furtka do sequela, którego raczej nigdy nie zobaczymy. Binary Domain na konsolach zeszło w ilości 420 tysięcy sprzedanych egzemplarzy, i choć jest moją grą generacji, przykładem perfekcyjnego balansu między rozgrywką i fabułą, to przez wielu pozostała niedoceniona, albo niezauważona. Smutek.

Gra którą kocham całym serduszkiem, ale nie potrafię w nią grać: Earth Defense Force
Gdy zobaczyłem recenzję Earth Defense Force: Insect Armageddon autorstwa Gulasha w którymś z numerów NEO+, zajarałem się jak małe dziecko widzące stertę cukierków. Kosmiczny komandos, wielkie robale i otwarty świat? Brzmiało jak zaproszenie do świetnej zabawy! Problem w tym, że cena wersji na PS3 mocno przekraczała mój budżet z tamtych czasów, i ostatecznie wybrałem nowego Batmana (co też nie było złą decyzją). Niedługo później z pomocą przyszła indiegala, oferując Earth Defense Force w wersji na PC za garść dolarów. Port na PC niestety był skopany po całości. Niski framerate, dużo bugów i ogólna bieda. Trochę pograłem, postrzelałem, bawiłem się świetnie, ale wiedziałem że to nie jest to, czego oczekuje, i gry o wielkich robalach należy ogrywać na PS3. Do dziś czekam na konkretną promocję na EDF, i chyba prędzej kupię kolejną część, niż się doczekam.
Najlepsza seria tej generacji: Batman: Arkham Series
Ale to już w sumie wiecie, że Batmany są spoko. Ale ja zaczynam dochodzić do wniosku że to Arkham Origins było najlepsze z dotychczasowej trylogii. Bo fajnie poprowadzona fabuła, mało znany nietoperz, lepiej przemyślany system zagadek Riddlera, no i Firefly (<3 <3 <3), z którym chcę osobną grę, nieważne czy będzie w niej protagonistą czy antagonistą. Po prostu chcę. Oczywiście, wątek Deathstroke'a jest popsuty i kończy się równie mało efektownie jak się zaczyna, walki z bossami to nie to samo co w Arkham City, a moje podejście do Origins jest inne niż wszytkich, bo nie natknąłem się nawet na jednego buga przez całe playthrough, no ale hej, ta gra zasługiwała na wyższe oceny niż 5/10, czy słynne 1/10 gamezilli. Czekam na Arkham Knight i liczę że będzie to wybitne zakończenie wybitnej serii.

Gry które kupię jeszcze raz, mimo że były w plusie: Sleeping Dogs i Hitman Absolution. Historia obu gier jest w sumie dośc podobna. SD miało być duchowym spadkobiercą True Crime, a Hitman miał być duchowym spadkobiercą.. Hitmanów. Obie pozycje miały być kontynuacjami znanych serii, pozbywając się przy okazji naleciałości z poprzedniej generacji. I tak Hitman dostał porządny cover system, a Sleeping Dogs.. po prostu było dużo lepsze. Do obu produkcji zniechęciłem się czytając pierwsze recenzje, i uznałem że nie ma sensu wydawać na nie pieniędzy. Po raz kolejny pierwsze recenzje rozminęły się z moimi gustami, bo kiedy gry trafiły do Playstation Plus, to po przełamaniu pierwszych lodów, łykałem je w kilka wieczorów. Obie były perfekcyjne, nie potrafiłem znaleźć ich wad. W Hitmanie nie przywiązywałem większej wagi do fabuły, a w Sleeping Dogs to rzekomo wadliwego systemu jazdy (do dziś nie wiem o co chodziło). Tylko tyle wystarczyło żeby znaleźć maksymalne pokłady radości płynące z rozgrywki. Po skończeniu obu gier uznałem, że kiedyś na pewno kupię ich kopie, coby tym baranom w Square Enix w końcu zaświtało w głowie że wyniki sprzedażowe nie są takie złe, i trzeba zrobić kontynuacje. Bo to zbyt dobry potencjał (No dobra, historia w Sleeping Dogs jest zamknięta, ale w sumie czemu nie zrobić prequela?)
No i to by było na tyle. W tej generacji ciągle sporo rzeczy mam do ogarnia (NieR, Genji, Anarchy Reigns, Syndicate), ale mam nadzieję że szybko się uwinę i niedługo w pełni wejdę w świat PS4 i jego nieskończonej niezłej biblioteki gier.
Do przeczytania!
K.

Obowiązkowy post powitalny

Nie lubię postów powitalnych na blogach. Nigdy nie wiem czy napisać “hej” czy “witajcie”, albo czy w ogóle coś pisać, bo przecież i tak przeczytają to cztery osoby, którym uparcie będę podsyłał linki.
Alphabeton to mój drugi blog który chce kręcić trochę dłużej, kiedyś pisałem na Coolturach, których pewnie nie znacie, nie chcecie znać, i raczej już nie istnieją. Tam gadałem o wszystkim i o niczym, tutaj będę narzekał na to, jakie to teraz gry AAA są niedobre, wydawcy trzepią na nas hajs, a indyki to takie kochane, prawie darmowe stworzonka, manna z nieba, pokarm bogów i tak dalej. Oczywiście zaraz po napisaniu takiego tekstu polecę szarpać w niedorobionego Battlefielda na uroczo kurzącej się konsoli, a potem ochoczo wydam stertę pieniędzy na kolejną zbroję dla konia, ale taki już jestem, że jedno piszę, drugię robię. Więc raczej nie radzę wierzyć w te wszystkie brednie tutaj.
Zaraz ktoś zapyta: “A co ty tu tak właściwie robisz, gimbusie? Masz jakieś doświadczenie dziennikarskie?”
No w sumie nie mam. Nie nagrywałem filmików z Minecrafta na YouTube, nie współpracowałem nigdy z Orange, ani też nie pracowałem jeszcze w Techlandzie (co w sumie nie jest niczym dziwnym, bo nie mają jeszcze prawa mnie zatrudnić). Zarówno pod względem branżowym, jak i blogerskim średnio to wygląda. Huh, przynajmniej Klout niedługo doleci mi do 50, wtedy będę mógł się chwalić, że jestem wielkim influencerem, zupełnie jak Baron Atari!
To by chyba było na tyle z przedstawienia postaci. Mam nadzieję że motywacji starczy mi na dłużej niż dwa tygodnie, a promki będą płynąć.
Do przeczytania!
K.