2732025-289650_screenshots_2014-11-11_00003

Grudzień jako nowe określenie sezonu na ogórki

2732025-289650_screenshots_2014-11-11_00003
A więc grudzień. Winter is coming, hurr durr (w życiu nie tknąłem niczego związanego z Grą o Tron, ale samo powiedzonko jest cool, więc kto mi zabroni). Wszyscy czekają na wymarzone prezenty na gwiazdkę, każdy chce dostać nowego ipada, xboxa, gameboya albo pudełko śniadaniowe z tym śmiesznym japońskim kotem. Ja jednak chciałbym w grudniu przede wszystkim świeżych, ciekawych gier. Zwłaszcza że teraz, na chorobowym, mam bardzo dużo czasu, i zamiast zagrywać się w Mars: War Logs (które szczerze polecam, to pierwsze action RPG od czasów Kotora które da się ugryźć na dłużej niż dwie godziny tak, żeby nie zwymiotować później ilością debilizmów fabularnych) wolałbym dostać jakieś soczyste, AAA-mięsko. Postanowiłem więc trochę ponarzekać. Wbijam na kalendarz GOL-owych premier, i niech zacznie się wyliczanka!

02 grudnia – Gra o Tron: The Gra czyli kolejna seria przygodówek (mniej więcej dwudziesta na przestrzeni trzech lat) od Telltale w której drugi odcinek zagrają tylko i wyłącznie recenzenci, bo Season Pass jest idiotycznie drogi, a do premiery ostatniego epizodu pojawi się w bundlach, na promocji w PSN, będzie dorzucane do Kinder Niespodzianek a Krzysztof Ibisz zdąży zrobić z tego serię let’s playów. W międzyczasie Telltale rozpocznie jeszcze serie Star Wars Adventure Game, The Walking Dead Alternative Story, trzepnie dwa sezony Hectora, cztery Wolf Among Us i zgarnie tysiąc branżowych nagród które #nikogo.

02 grudnia – The Crew . Grę wydaje Ubisoft = Nie kupuj na premierę, choćby gra kosztowała równowartość paczki fajek, a w bonusie do preorderu chcieliby dorzucić Corvettę (taką w grze, nie prawdziwą). Jeżeli kogokolwiek interesuje ściganie się samochodami po mapie USA w “ekipie” (to rzeczywiście brzmi idiotycznie w porównaniu do twardego, amerykańskiego “Crew”) to najlepiej poczekać z rok aż wszystko spatchują, wydadzą GOTY i zapowiedzą sequel. Wtedy już na pewno będzie wiadomo że z grą nie stanie się nic złego. Rzecz jasna poza wyłączeniem serwerów, które nastąpi najpewniej z okazji premiery następnej części!

02 grudnia (05 grudnia w PL) – Disney i Japońskie Bajki wersja 2014 HD Turbo Ultra Remix. Następne części Kingdom Hearts w wersji na stare konsole, których zdążył się już prawie każdy pozbyć. No ale kto nie chce walczyć ze złem w jRPGu u boku Kaczora Donalda! Na dodatek możecie zagrać na swojej PS3 w ekskluzywny tytuł dla PSP! Wow!

Poza tym drugiego wychodzi kolejny dodatek do BF4, który chyba wciąż nie działa i nikt już w niego nie gra #czekającnahardline

09 grudnia 2014 – Alien Shooter feat. Tomb Raider: Temple of Osiris
bk2xx
Stwiedziłem że nie będę sobie psuł humoru patrząc na Larę z góry, skoro nie będę mógł popatrzeć na nią na PS4 z bliska i z większą ilością polygonów w miejscach krytycznych. Pfu, Squeenix, pfu.

16 grudnia – Raven’s Cry – Poland Stronk. Gra akcji o piratach która WCAAALE nie wygląda jak DLC o piratach do RPG tego samego studia (Reality Pump). Premiera przesuwana jakieś trzysta razy i całkowity brak promocji gry ze strony wydawcy chyba nie świadczy najlepiej o samym tytule.
EDIT: W międzyczasie wydawca znowu przesunął premierę, tym razem na 28 stycznia. Zaorać.

16 grudnia – Elite Dangerous – Chyba jedyna nadzieja w tym miesiącu. Gra o lataniu statkiem w kosmosie, świat i ekonomia gry zmieniająca się w zależności od graczy. Always-online, ale nikogo to już chyba nie obchodzi. Przynajmniej data premiery dobra dla gry.

18 grudnia – MGS V wersja demo dla pecetów – W końcu, łaskawie pozwolono pecetowcom liznąć geniuszu Metal Gear Solid, więc zapewne za jedyne 20 euro będą mogli przez godzinę jarać się niesamowitym demem technologicznym piątej części. Super sprawa, co nie?

I wreszcie..

23 grudnia – Alone in the Dark: Illumination
tumblr_lwnxjuonGm1r467xno1_500
Kurtyna.

Kliknij X żeby nakarmić swojego ptaszka // A Bird Story i To The Moon

Celowo dodaję tylko jednego screena, wygląd nie jest tu najważniejszy.

Do najnowszego dzieła Freebird Games podchodziłem z wielkimi nadziejami. Jestem świeżo po ukończeniu To The Moon, którego zakończenie zamiotło mną podłogę, a zawiłość fabularna w tak małej grze zbiła mnie totalnie z tropu. Wiedziałem też że A Bird Story nie będzie kolejną częścią serii gier z uniwersum TTM a raczej “zapychaczem” przed owym sequelem/prequelem (z tego zadania akurat wywiązuje się doskonale, bo końcówka gry zapowiada sequel TTM).

Zanim zacznę opisywać nudną jak flaki z olejem fabułę A Bird Story postawię najważniejszy zarzut wobec tej produkcji. Brak dialogów. Wiecie co było najmocniejszym poza plot twistami punktem To The Moon? Wybitnie napisane dialogi, pełne żartów, nawiązań, a w odpowiednich momentach odpowiednio poukładane i wzbudzające w grającym silniczek każący myśleć trochę nad tajemnicami fabularnymi produkcji. W Ptasiej Opowieści po prostu tego nie ma. Wszystkie myśli i pragnienia postaci (JEDNEJ) i ptaka są wyrażane dymkami w których narysowane są przedmioty potrzebne do pchnięcia fabuły dalej.

O, coś takiego, tylko w 2D

A fabuła jest taka sobie. Mały chłopiec, średnio lubiany i przypuszczalnie na coś chory, wracając pewnego dnia ze szkoły ratuje życie pewnemu ptaszkowi, wybawiając go ze szponów krwiożerczego borsuka. Ptak po kilku chwilach znajomości pakuje mu się do plecaka, a dzieciak decyduje się na opiekę nad owym zwierzęciem po tym, jak okazuje się że wioskowa pani weterynarz z nieznanych przyczyn wyjechała (#fuckavianflu). I mniej więcej w tym momencie (koło 20 minuty gry, jakoś 30% fabuły za nami) stężenie głupoty na piksel kwadratowy zaczyna sięgać zenitu. Wykonujemy QTE żeby rozdrobnić chleb dla naszego ptaka, uciekamy przed wracającą do życia panią weterynarz zgniatając ją tak jak Mario zgniata swoich przeciwników, latamy na gigantycznym papierowym samolocie złożonym z kartek ze szkolnego zeszytu, zbijamy żółwia z gołębiem pokoju.. Rozumiem że to wszystko przenośnia, ale To The Moon potrafiło opowiedzieć ckliwą historię bez pompowania do historii twardych narkotyków. Meh.

Ogólnie rzecz podsumowując gra kończy się niesamowicie przewidywalnym happy endem i dzięki bogu zapowiedzią kolejnej pełnoprawnej gry z uniwersum TTM (I see what you did here, Freebird). Rozumiem że trzeba było jakoś to zrobić tylko.. czemu kosztuje to aż pięć euro? . Można było równie dobrze wypuścić krótkiego, darmowego wstępniaka do następnej części, wyglądającego tak jak Christmas Special do To The Moon. Bardzo kiepski ruch ze strony twórców, może i zapchali trochę czas między TTM i jego następną częścią (to już dwa lata!) ale wiele pożytecznego to nie przyniosło.

EXTERMINATE! // Beton – Freaking Meatbags #1

Game-Logo

Gra: Freaking Meatbags
Developer: Wild Factor
Faza: Bliżej nieokreślona alpha
Gdzie kupić: Steam (9 euro)
Poprzedni raport: Brak

Zaczynam nietypowo. Na pewno wielu z was grało kiedyś w KotORa, jak i jego sequel, czyli Sith Lords. Jednym z bohaterów, który mógł dołączyć do naszej drużyny był HK-47, robot zabójca, nienawidzący ludzi i posiadający własną świadomość. Otwarcie nazywał wszystkie istoty humanoidalne “Workami na mięso”, mimo że pomagał głównemu bohaterowi który przecież był człowiekiem, i jak się później okazuje, jego stwórcą. Osobiście jestem wielkim fanem postaci HK-47 i pewnie jeszcze długo żaden bohater drugoplanowy nie zrobi na mnie takiego wrażenia jak ten zabójczy, arogancki robot.

Dlatego gdy zobaczyłem na steamie produkcję której tytuł od razu przypomniał mi o jednej z moich ulubionych postaci z Expanded Universe, to poważnie się zainteresowałem. Freaking Meatbags jest osadzone w dalekiej przyszłości, w której wyższą rasą są roboty. Jesteśmy pracownikiem robociej korporacji, który zostaje wysłany do układu słonecznego, po to aby wydobyć z osadzonych w nim planetach wszystkie “niezbędne surowce”. Oczywiście jak zwykle nie wszystko idzie tak, jak powinno i zamiast spokojnie zająć się wydobyciem jesteśmy atakowani przez tabuny “dzikich robotów”. Na szczęście jednak na każdej planecie spotykamy ludzi i inne humanoidy, niezwykle skore do uległości, i możemy skupić się na obronie bazy, podczas gdy oni jak mróweczki będą nam przynosić na statek potrzebne minerały.

Tak, dokładnie, Freaking Meatbags to połączenie strategii w stylu Castle Story z klasycznym Tower Defense. Pomysł nie jest zbyt oryginalny, obronę bazy wydobywczej mogliśmy zobaczyć chociażby w Nom Nom Galaxy, tyle że tam oprócz obrony sami musieliśmy wydobywać surowce. Nie wychodziło to jakoś świetnie i często frustrowało. We Freaking Meatbags natomiast element Tower Defense jest tym najbardziej rozbudowanym. Z każdą poznawaną planetą odkrywamy kolejnych przeciwników i kolejne elementy uzbrojenia, które pozwolą nam uniknąć zniszczenia bazy, co doprowadzi do porażki.

Resource-management

Przegrać możemy też w momencie w którym wszystkie jednostki pod naszym dowództwem zostaną zabite. AI humanoidów pozostawia wiele do życzenia i bez większego problemu pakują się pod lufy dwa razy większych zdziczałych robotów. Ba, nawet w drodze po surowce z bazy nie obierają różnych ścieżek, tylko poruszają się jak pociągi, jedną, wyznaczoną trasą. Co prawda zmienia się to wraz z upgrade’ami, które są kolejną rozbudowaną rzeczą we Freaking Meatbags. Za pomocą specjalnej maszyny mieszamy DNA dwójki naszych podwładnych, i uzyskujemy “silniejszą” wersję humanoida. Po dłuższej chwili rozgrywki ilość kombinacji DNA jest duża, i często zaskakuje (oczywiście jeżeli nie zaglądamy do podpowiedzi).

Oprawa graficzna i dźwiękowa stoją na przyzwoitym poziomie. Nie przekszadzają ani jakoś szczególnie nie zaskakują. Ładnie wyglądają animacje wrogich robotów, zresztą tak jak i głównego bohatera. Dobrze wykonany pixelart z paroma niepotrzebnymi shaderami.

Czy w obecnej fazie rozwoju Freaking Meatbags jest warte uwagi? Jeżeli jest się fanem Tower Defense, jak najbardziej. Gra dostacza sporo rozrywki, choć myślę że w trochę mniej rozbudowanej wersji byłaby idealna na smartfony, a nie pecety. Tutaj są o wiele bardziej rozbudowane strategie, a i lepszych Tower Defense nie brakuje. Mam jednak wrażenie że gra w miarę rozwoju pokaże pazury i będzie dla mnie czymś więcej niż zapychaczem czasu.
Do przeczytania!
K.

Ogłoszenie parafialne 14-05-14

Kurde, długo mnie nie było. W sumie nie wiem czemu, miałem trochę mniej czasu na pisanie. Ale teraz już będę. W najbliższym tygodniu pojawią się dwie zaległe recenzje (Life Goes On oraz FRACT OSC). Potem będę się starał coś pisać przez wakacje. No i mam w planach jedną niespodziankę związaną z #branża.
Do (miejmy nadzieję jak najszybszego) przeczytania!
K.

Pixeljunk Zupa // Beton – Nom Nom Galaxy #1

Gra: Nom Nom Galaxy
Developer: Q-Games, Ltd
Faza: Alpha 00.03
Gdzie kupić: nomnomgalaxy.com (19USD) lub steam (19€)
Poprzedni raport: Brak

To może być jedna z najlepszych gier inspirowanych luźno wynalazkami ery Minecrafta i Terrari. Najnowsze dzieło Q-Games, które powinno zwać się PixelJunk Inc. jest kolejnym “diggame” od której ciężko będzie się oderwać w późniejszym etapie jej rozwoju. Teraz zawartości jest mało, ale wciąż starcza na wiele godzin gry.

W wersji alpha 00.03 do naszej dyspozycji zostają oddane trzy mapy + jedna na której uczymy się podstaw rozgrywki. Naszym głównym celem jest dumne reprezentowanie naszej korporacji produkującej.. zupę i zdominowanie rynku posiłkami, które wykonujemy zbierając i łącząc odpowiednie rośliny i loot z wszelkiego rodzaju napotkanych zwierząt. System craftowania zup jest bardzo przejrzysty a także tym, że na każdą beczkę zupy wywożoną z fabryki musimy własnoręcznie wykonać szukając nowych składników zmusza nas do wyboru: Czy chcemy produkować kiepskiej jakości, tanie zupy ze składników dostępnych na wyciągnięcie ręki, czy też wolimy natrudzić się, żądając za ekskluzywny towar większej ilości pieniędzy? I co mamy zrobić z fabryką gdy skończą się składniki do danego typu zupy? Wyburzyć, przy okazji narażając całą, świetnie funkcjonującą linię produkującą różne typy zup? Gra zmusza do myślenia pod tym względem, i ryzykując łatwo jest przegrać.

Przegrywamy w momencie, gdy nasza baza zostaje zniszczona przez ZŁE roboty ZŁEJ korporacji która także produkuje zupy. Pojawia się tu motyw małej, wesołej fabryki która walczy z BARDZO-ZŁĄ-KORPORACJĄ która robi wszystko by zmieść z powierzchni ziemi swojego wroga. Liczę że w późniejszej wersji gry BARDZO-ZŁA-KORPORACJA wysili się na więcej niż wysłanie do ataku dziesięciu dron bojowych na krzyż, walczących techniką “wlecę między wieżyczki fabryki i zacznę strzelać dookoła, będzie dobrze”. Po mniej więcej dwóch podejściach do gry będziemy wiedzieli jak przygotować się na ewentualny atak i łatwo go zatrzymamy. Zawodzi też poziom trudności. Do zwycięstwa, czyli osiągnięcia 100% wpływów rynkowych wystarczy 10-11 dni regularnego wysyłania zup w kosmos. Przeciwnikowi, którego stan majątkowy wyświetlany jest na ekranie, idzie zawsze jak po grudzie, i przegrać z nim w sposób inny niż utrata bazy to wstyd dla każdego. Do poprawki, bo w grze nie ma nawet chwili napięcia i nerwów o swoją pozycję na rynku zup.

Duży minus idzie też na konto Nom Nom Galaxy ponieważ gdy już wygramy na danej planszy, to gra automatycznie przenosi nas do menu głównego. Nie widzę opcji, żeby udało się odblokować chociaż 50% przedmiotów dostępnych w menu ulepszeń. Zawsze można zaprzestać chwilowo produkcji zupy, po to by pogrzebać w ziemi w poszukiwaniu punktów researchu, ale takie rozwiązanie jest strasznie dziwne. Na szczęście ilość przedmiotów które możemy wynaleźć wynagradza wszystkie smutki. Do gry dodano już chociażby pojazdy, bardzo ułatwiające wydobycie.

Zadziwia nastomiast różnorodność flory i fauny, z której możemy kleić nasze zupki, oraz z którą będziemy walczyć o miejsce na mapie. Mam wrażenie że do tej pory nie zobaczyłem wszystkich mobów w grze. Projektanci w Q-Games spisali się na medal. To samo mogę powiedzieć o oprawie graficznej. Totalnie nie przywołuje na myśl gier Terrariopodobnych, bardziej wesołe, dobrze wyglądające w ruchu platformery.

Jednak te wszystkie wady i zalety o których napisałem nie mają znaczenia, gdy zaczniemy kopać i budować. Gdy już wciągnąłem się w planowanie rozłożenia budynków na mapie, systemu łatwego wydobycia surowców, rozłożenia korytarzy, to nie zwracałem uwagi na bugi. Po prostu kopałem i budowałem, aż do zakończenia dnia roboczego. Pojawia się tutaj u mnie efekt starych wersji Minecrafta, gdzie także chciałem zrobić wszystko wokół swojej bazy, tylko po to aby spokojnie spędzić noc. Tutaj też myślę tylko i wyłącznie o tym, jak dobrze umocnić zabezpieczenia bazy przed następnym dniem, w którym być może zostanę zaatakowany. Fenomenalne uczucie, i mam nadzieję że kolejne wersje będą jeszcze lepsze.

Czy warto kupić nową część PixelJunk, nie nazwaną PixelJunk? Pamiętając że Minecraft w wersji Beta kosztował 15 euro, a nowa produkcja Q-Games działą na mnie dokładnie tak samo, to zdecydowanie warto zainwestować te 19 USD, za które możemy nabyć grę na stronie twórców (tabelka u góry). Serdecznie polecam, bo z tej gry może wyjść bardzo strawna zupa.
Do przeczytania!
K.

Przytul Beton // inFamous: Second Son

Nie mam pojęcia kiedy ostatnio miałem tak mieszane uczucia po ukończeniu gry. Z jednej strony wiem, że Drugi Syn nie jest produkcją perfekcyjną, posiada największą ilość glitchy i bugów w historii serii, a fabuła bywa mało intrygująca, zaliczając wzloty i upadki. Z drugiej strony jednak wiem, że gdyby najnowsze dzieło Sucker Punch trwałoby nawet 40, a nie 10 godzin, to grałbym dalej z przyjemnością, eksterminując żołnierzy D.O.Z.

To teraz trochę narzekania i pochwał, bo nie można wszędzie posługiwać się ogólnikami.

Jak można było wykreować fajne, wyraziste postacie, żeby wykonać pod rękę z nimi po JEDNEJ misji, a potem doprowadzić do zakończenia gry w parę godzin praktycznie bez jednego dialogu z nimi? W Fetch od początku się zakochałem i niesamowicie żałuję że poza misją w której z Delsinem rozprawiają się z aktywistami D.O.Z. nie pojawia się już żaden quest, w którym odgrywałaby ona chociaż minimalną rolę. Jasne, oboje z Eugenem pojawiają się w końcowym starciu, lecz to dla mnie o wiele za mało. Może jakieś fabularne DLC sprawi że moja miłość pojawi się jeszcze w przerywnikach filmowych ze swoją charyzmą i zadziornością, ale bardzo w to wątpię.

Warto wspomnieć też, że Second Son jest pokazem możliwości konsoli Sony zarówno pod względem graficznym, jak i technologicznym (tutaj trochę w mniejszym stopniu) Wszystkie tekstury są ostre jak żyleta, animacja nie spada poniżej 30 fpsów nawet w przypadku najbardziej zaawansowanych starć, a miasto wygląda pięknie. Najlepszym dowodem na to, jak pięknie prezentuje się ta gra, są zdjęcia robione przez fanów za pomocą tryby fotografa, dodanego w ostatnim patchu. Cytując słynnego vlogera i gamera “Można pomylić z prawdziwością”. Trochę gorzej miasto wygląda od strony technicznej, bo mimo że jest bardzo dobrze zaprojektowane (w przeciwieństwie do poprzednich części serii, gdzie przeprawa przez miasto była mordęgą) to widać że nie dało się w nie tchnąć wiele życia. Mało samochodów, mało mieszkańców, którzy z reguły zajmują się podpieraniem ścian albo parciem na koniec danej ulicy tylko po to żeby zawrócić i powtórzyć pielgrzymkę na drugi koniec chodnika. Wkurza też to, że wraz z postępem fabuły i obranej przez nas ścieżki praktycznie nie widać zmian i efektów naszych decyzji na ulicach. Czasem ktoś do nas podejdzie, zwyzywa/powie dobre słowo w zależności od naszej karmy, ale to widziałem na poprzedniej generacji. Gdzie są zamieszki, bunty, lincze? Słabiutko.

Rzeczą, która najbardziej zrobiła na mnie wrażenie w nowym inFamous, jest wachlarz mocy. Wyglądają obłędnie (neon to moja mała miłość, w sumie nie tylko moja, wiele osób mówi że to najlepiej wyglądająca supermoc w historii), dają poczucie mocy (w przeciwieństwie do piorunów Cole’a z jedynki i dwójki, gdzie miałem przez chwilę wrażenie że strzelam do gangsterów z pistoletu na wodę i przede wszystkim każda z tych czterech mocy po ciągu siedmiu zabójstw oferuje wykręconą umiejętność specjalną. Każda z nich wygląda tak niesamowicie, że chciałoby się jej używać cały czas. Możliwość jej użycia jest jak zasłużona nagroda za wysiłek w walce. Czyste piękno.

W życiu nie sądziłem że poza GTA i Sleeping Dogs spotkam się kiedyś z tak działającym na mnie dziełem sztuki growej. Spędziłem w Seattle niesamowite 15 godzin (i pewnie spędzę następne, bo mam zamiar zrobić platynę), ale gdy ktoś spyta czy inFamous to system seller, z pełnym przekonaniem odpowiem że nie. Kupiłeś konsolę, bo czekasz na Watch_Dogs/Wolfensteina/nowe Uncharted/nextgenowe Project Diva? To śmiało łykaj nowego nieSławnego (do dziś śmieję się z tego tłumaczenia) jako śliczną i wciągającą grę. Jednak nie kupuj konsoli tylko i wyłącznie dla przygód Delsina Rowe’a. To tyle ode mnie.
Do przeczytania!
K.

Grę do recenzji dostarczył dystrybutor.